niedziela, 8 lutego 2015

śniadanko

Ostatnimi czasy nasze niedzielne śniadania są ... mniej standardowe. Wynika to z faktu, że w sobotę zapominam kupić pieczywa i w niedzielę rano trzeba kombinować.
A jedną z moich ostatnio ulubionych kombinacji jest różowy grapefruit z miodem.
Pyszotka. (świetny deser po obiedzie)

Pancakes:
(na 2 osoby)
1 szklanka mąki
1 jajko
3/4 szklanki mleka
2 łyżeczki proszku do pieczenia
40g roztopionego masła
2 łyżki cukru
szczypta soli
Mąkę przesiać.
Przesianą mąkę połączyć z proszkiem do pieczenia, cukrem i solą. Następnie roztrzepać jaja, połączyć z mlekiem i masłem, dodać do mąki. Smażyć na suchej patelni. Podawać najlepiej z miodem i cząstkami różowego grapefruita.

sobota, 7 lutego 2015

iglaki górą

byle nie w ogródku ^^
Ogólnie uważam je za pożyteczne i ładne rośliny.
Tylko że należą do tej grupy roślin "obowiązkowych", tych które ogrodnikom wylewają się uszami.
Pokutuje przekonanie, że w zimie to tylko iglaki wyglądają dobrze. No a poza tym są "bezobsługowe", mało wymagające i ogólnodostępne.
Dlatego na widok cisu* zaciskam pięści, na samą myśl o "tujce" mnie trzęsie, a przy bluszczu i bukszpanie powstrzymuję wycie.
Owszem w naszym klimacie nie ma zbyt wielkiego wyboru roślin zimozielonych, ale iglaki nie są jedynymi roślinami, które wyglądają atrakcyjnie w zimie.
Zresztą ta ich "bezobsługowość" jest im przyznawana trochę na wyrost. Zwłaszcza jeśli ktoś chce mieć jeszcze trawnik. Najlepiej pod nimi.
Poza tym żeby żywopłoty z żywotników (łac. Thuja) wyglądały atrakcyjnie należy je posadzić w odpowiedniej rozstawie, podlewać od czasu do czasu (zwłaszcza w trakcie suszy, na jesieni i w czasie mrozów**), czyścić (ze starych igieł, żeby był przepływ powietrza i nie wchodziły choroby, no i dla wyglądu) i związywać żeby ich śnieg nie rozłamywał.
Ale nie nadużywaniu iglaków w ogrodach chciałam.
Chciałam o wykorzystaniu iglaków w gospodarstwie domowym.


Gałązki modrzewia mogą zostać wykorzystane do, moim zdaniem, uroczych aranżacji czy to w wazonach, koszyczkach z kwiatami cebulowymi, czy zamrożone w wodzie robić za dekoracje i lampiony na zewnątrz .
Pędy sosny mają zaś różnorakie kulinarne zastosowanie. U mnie zmielone z solą nadawały delikatny aromat polędwicy wołowej. A w formie nalewki (dostaliśmy) z dodatkiem wody sodowej i cząstki czerwonego grapefruita nadawały drinkowi orzeźwiający kwaskowato-gorzki posmak.

Kuszą mnie też krakersy z sosną i czarną solą, ale tą drugą muszę jeszcze zakupić. A na razie żeby zobaczyć że zastosowanie sosny nie ogranicza się do masztów, lasów i syropu na kaszel polecam zajrzeć tu.
A w lutym rozglądać się za brzozą.






*a cis to taka fajna roślina. I taka cenna. Dawniej z jej wytrzymałego i bardzo elastycznego drewna robiono łuki i została niemal przez to wytępiona. Teraz z igieł wytwarza się jeden z popularniejszych leków anty-nowotworowych stosowanych przy chemioterapii. A ptaki jadają słodkie czerwone osnówki z owocków i chowają się w gęstych zimozielonych krzewach.
** jak są igły (liście), to jest nadal transpiracja (parowanie), ale jak ziemia jest zamarznięta, to nie ma dostępu do wody. Dlatego należy roślinie pomagać. Zwłaszcza na jesieni zanim przyjdą mrozy.

czwartek, 15 stycznia 2015

maruda

Dwa marudne artykuły-posty. Zupełnie różne.
Podczas gdy pierwszy, jakkolwiek nieco chaotycznie napisany, jest merytoryczny i bardzo ciekawy. Nie sądzę jednak by cokolwiek zmienił, bo czyje sumienie miałby poruszyć?
A nadal sądzę że warto przeczytać.

Drugi . Natychmiast znalazło się stado marud, z autorem na czele.
Że głośno, że biedne psy, ptaki, ludzie chorzy i zwierzęta w Zoo.
Więc po pierwsze profesjonalne fajerwerki nie mają na celu ogłuszyć widzów - nie są tak głośne jakby się zdawało oceniając na podstawie petard sylwestrowych. Wybuchają naprawdę wysoko, co jeszcze zmniejsza ilość decybeli.
A i informacja o imprezie jest podawana z 9 (!) miesięcznym wyprzedzeniem. Jeśli ktoś troszczy się o zdrowie psychiczne swojego psa, kanarka czy papugi zawsze może swojego pupila spakować  i na tą jedną sobotę wywieźć na bezpieczną odległość. Psa np. można zabrać na długi spacer do Kampinosu. Zresztą ile z tych gdakających osób rzeczywiście mieszka w bezpośrednim sąsiedztwie Narodowego? Ile jest szpitali?
Na Narodowym zresztą zwykle jest głośno, więc okoliczne dzikie zwierzęta albo mają trochę instynktu i same trzymają się z daleka, albo już dawno przywykły. A te z ogrodu Zoologicznego będą w budynkach, a i też nie jest znowu aż tak blisko.
Kolejny zarzut. 7 godzin fajerwerków. Czy ludzie naprawdę wierzą, że przez cały czas trwania imprezy będą strzelać?! W samym artykule jest powiedziane, że będą 4 pokazy po 20 minut.

Smród, smog i chemikalia oraz - wisienka na torcie:

"Warszawa ma za mało smogu! Jesteśmy tylko w czołówce najbardziej zanieczyszczonych miast europejskich, a zasługujemy na pozycję lidera!"
To akurat gówno prawda, bo akurat Warszawa ma to szczęście mieć pod bokiem park narodowy i to w dodatku tak usytuowany, że przeważające w naszym kraju wiatry zachodnie lub południowo-zachodnie spychają nad stolicę czyste powietrze. Szacuje się, że powietrze nad Wawą co 3 dni wymienia się na świeże. Zresztą sama aglomeracja ma 30% terenów zielonych, a nawet park krajobrazowy nad  Wisłą.
Oczywiście nie oznacza to, że jest całkiem różowo, bo Polska jako kraj ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w UE i normy zanieczyszczeń, na rok, w większości miast są przekraczane już w kwietniu. Ale jest to raczej kwestia tego, że każda polska rodzina musi mieć co najmniej 2 samochody i że te samochody nie spełniają norm emisji (ile się widzi starych gruchotów na ulicy, z ilu rur wydechowych wydobywa się czarny dym ?!). Że korki są gigantyczne, że wszyscy muszą wjechać do centrum, bo jeździć komunikacją to chyba obciach...
63% zanieczyszczenia powietrza w Warszawie to właśnie zanieczyszczenia komunikacyjne. I pokaz fajerwerków naprawdę nie ma szans konkurować z emisją tysięcy samochodów codziennie stojących w korkach na warszawskich ulicach.
A i autor tego komentarza chyba nie wie co to jest smog ...

Jeszcze oczywiście kwestia pieniędzy. Jak to biletowanie? Czemu tak drogo? I kto niby kupi bilety skoro można sobie zobaczyć z mostu na Wiśle... I że koszty się nie zwrócą z biletów, bo przecież nie sprzedadzą ich wystarczająco dużo.
Wydaje mi się że tego typu imprezy zwykle mają sponsorów, a czy bilety są drogie czy tanie i czy to się wszystko zwróci, to już nie mój problem.
Ja osobiście się cieszę, że na Narodowym się jednak coś dzieje a i na pokazy chętnie pójdę.

wtorek, 30 grudnia 2014

nowy "zestaw obowiązkowy"

Jeden znajomy uznał, że chce się nauczyć robić naprawdę dobry sernik i powtarza ten sam przepis w kółko nieznacznie zmieniając "parametry". Oczywiście jego koledzy i znajomi nie mają nic przeciwko niewyczerpanym dostawom sernika. Jest to jednak podejście skrajnie różne od mojego. Jeżeli dany przepis nie rzucił mnie na kolana za pierwszym podejściem, to drugiej szansy nie dostanie. M. się trochę ze mnie podśmiewa z tego powodu, bo u mnie nic dwa razy się nie zdarza ...
Nie do końca prawda, ale nawet w recepturach sprawdzonych i powtarzanych po wielokroć pewne szczegóły są modyfikowane, dodawane, odejmowane.
A jednak, dla tych dwóch przepisów zrobię wyjątek. Bo są warte powtórzenia, powalają na kolana i ręka sama sięga po kolejny kawałek.
Pierwszym jest moja wariacja na temat sernika*, a drugą makowiec z samej masy makowej, wyborny.

sernik piernikowy
1000g (1kg) twarogu dwukrotnie zmielonego
100 g masła
5 jajek (białka i żółtka osobno)
1/2 szklanki drobnego cukru trzcinowego
1/2 szklanki płynnego miodu
50 g kaszy manny
2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
1 1/2 łyżeczki przeprawy do piernika
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki cynamonu + do posypania wierzchu
 +masło, 2 łyżki bułki tartej i po 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika i cynamonu do wysmarowania i wysypania formy

wszystkie składniki powinny być temperatury pokojowej
W misie miksera rozetrzeć masło z cukrem do otrzymania puszystej i jasnej masy. Dodawać żółtka po jednym i zmiksować. Stopniowo dodawać twaróg, dalej ucierając. Dodać kaszę manną, proszek do pieczenia, mąkę ziemniaczaną, miód, przyprawy; wymieszać. Białka ubić na sztywno i delikatnie wmieszać do masy serowej.
Piec w wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 23 cm, przez około 60 minut w temperaturze 170°C. Wystudzić w wyłączonym i lekko uchylonym piekarniku.

 makowiec czekoladowy
400 g maku **
80 g masła, w temperaturze pokojowej
1/2 szklanki miałkiego brązowego cukru
2/3 szklanki płynnego miodu
50 g suszonej żurawiny
50 g orzechów włoskich, posiekanych
50 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
4 jajka, białka i żółtka oddzielnie
100 g gorzkiej czekolady, startej na tarce***
2 łyżeczki ekstraktu z migdałów

Mak sparzyć: zalać wrzątkiem i zostawić do ostudzenia. Dokładnie odcisnąć z nadmiaru wody, np. w lnianym ręczniczku kuchennym.
Masło utrzeć z cukrem na jasną, puszystą masę (np. mikserem). Dodawać żółtka, jedno po drugim, dalej ucierając. Dodać zmielony mak, miód, bakalie, startą czekoladę, zmielone migdały, ekstrakt i wymieszać. Skosztować - w razie konieczności dodać więcej miodu lub ekstraktu migdałowego.
Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wymieszać z masą makową.
Formę o średnicy 24 wyłożyć papierem do pieczenia. Do formy przełożyć masę makową. Piec w temperaturze 175ºC przez 40 - 50 minut.
 *jako "bazy" używałam tych dwóch przepisów: 1, 2
 **ja używam "fabrycznie" zmielonego (co znacząco ułatwia pracę), w opakowaniach po 200 g, dlatego trochę zmieniłam proporcje oryginalnego przepisu
Zwykły mak należy zalać wrzącą wodą (do pokrycia), odstawić do wystudzenia, odsączyć z nadmiaru wody, dwukrotnie zemleć w maszynce do mięsa z drobnym sitkiem. 
** nie należy rezygnować z czekolady - jest stosunkowo mało wyczuwalna, ale wzbogaca smak i pomaga w uzyskaniu dobrej "tekstury"

czwartek, 27 listopada 2014

cuda wianki


 Od tygodnia polowałam na te zdjęcia, bo koniecznie chciałam podzielić się dobrą nowiną. Te maty montowane są przed zimą, żeby zapobiegać spychaniu i rozbryzgiwaniu na trawniki słonego śniegu, błota pośniegowego itp. Osłaniają trawnik i krzewy przed skutkami zasolenia i areozolu solnego (sól biała śmierć). Jest to naprawdę potrzebne, wręcz konieczne i bardzo się cieszę, że Warszawa wreszcie wykonała krok w tym kierunku. Szkoda tylko, że jest to jedyne miejsce gdzie zauważyłam taką konstrukcję. A przydałaby się przy każdej większej ulicy, zwłaszcza jeśli rosną przy niej blisko rośliny, a jeszcze bardziej jeśli są to rośliny młode lub/i niedawno posadzone.

niedziela, 23 listopada 2014

menu urodzinowe

Wiem że nie wypada się chwalić, więc nie będę opowiadać jaką to jestem szczęściarą (a jestem, naprawdę), ale tylko popatrzcie na moje cudne prezenty i menu urodzinowe
Krakersy serowe 
100 g masła w temp pokojowej
175-200 g sera z niebieską pleśnią np. lazur
1 żółtko
sól do smaku
125 g mąki pszennej
50 g mąki kukurydzianej lub kaszy manny

Masło wymieszać z pokruszonym serem i żółtkiem (i solą), dodać suche składniki i zagnieść ciasto. Odłożyć je na 30 min. do lodówki. Rozwałkować na grubość ok 5 mm  i wykrawać dowolne kształty.
Piec 10-15 min w temp. 175*C, studzić na kratce.
przepis z "How to be domestic Godess" Nigelli

kanapki z :

pastą z jabłek i boczku(Æbleflæsk za Beą)
kilkanaście cienkich plastrów bekonu / boczku
4-5 jabłek (np. odmiana Boscop)
2 szalotki (lub 1 średnia cebula)
Plastry bekonu wytopić i zrumienić na patelni (najlepiej z wysokimi brzegami), przełożyć na ręcznik papierowy lub na talerz (tłuszcz pozostawiamy na patelni).
Szalotki / cebulę obrać i pokroić.
Jabłka umyć, pozbawić gniazd nasiennych i pokroić w ósemki.
Szalotki / cebulę przełożyć na patelnię i zrumienić kilka minut na tłuszczu; następnie dodać jabłka, dokładnie przykryć pokrywką i dusić na wolnym ogniu kilkanaście minut, aż jabłka będą odpowiednio miękkie. Kilka minut przed końcem dodać odłożone plastry boczku.

pastą z gorgonzoli  i ziarenkami granata
1 opakowanie gorgonzoli (ok. 150 g)
1/3 szklanki  śmietany (u mnie 30%)
ziarenka wyłuskane z niedużego granatu

gorgonzolę pokruszyć do garnuszka, dodać śmietankę i podgrzewać na małym ogniu, mieszając, aż ser się rozpuści. Wystudzić, rozsmarować na kanapkach i posypać ziarenkami granata lub innymi drobnymi owocami


tort makowy konfiturą pomarańczową i kremem z białą czekoladą
ciasto
300g maku
270 g cukru
8 dużych jajek (żółtka i białka oddzielnie)
3 łyżki kaszy manny (u mnie 5  zamiast migdałów)
2 łyżki mielonych migdałów
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki ekstraktu z migdałów
krem (moja modyfikacja*)
800g serka mascarpone
200 g białej czekolady

150 ml konfitury z pomarańczy (u mnie ta - jest boska)
ew.poncz 50 ml likieru pomarańczowego +2 łyżki wody

Mak dzień wcześniej zalać wrzątkiem i zostawić na noc lub zalać wodą i gotować 20 min od momentu zawrzenia, a następnie odcisnąć i zemleć 2-krotnie przez maszynkę (ja kupiłam suchy, zmielony mak).
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą masę, dodać mak, kaszę mannę, migdały, proszek do pieczenia i ekstrakt migdałowy i zmiksować. Następnie ubić białka na sztywną pianę i delikatnie wmieszać do masy makowej (najpierw1/3, żeby rozluźnić, a potem resztę). Dno tortownicy (⌀23 cm, ale u mnie była kwadratowa i trochę większa) wyłożyć papierem do pieczenia i przełożyć do niej ciasto. Piec ok 45 min (do suchego patyczka) w temperaturze 175*C. Studzić w uchylonym piekarniku.


Białą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, wmiksować do serka.Wystudzone ciasto przekroić na 3 blaty, dolny posmarować konfiturą pomarańczową (można wcześniej nasączyć 1/3 ponczu, ale nie jest to konieczne tort i tak jest dość wilgotny), przełożyć kremem z białą czekoladą, przykryć kolejnym blatem (można nasączyć ponczem), ponownie przełożyć kremem i przykryć kolejnym blatem. Resztę kremu rozsmarować na wierzchu  i na bokach. Dowolnie przyozdobić.
przepis z  "Moich deserów i wypieków" Doroty Świątkowskiej z Moje Wypieki


* osobiście nie mam jakoś szczęścia do kremów z białą czekoladą. Tym razem zrobiłam tak jak w przepisie z częścią bitej śmietany (chociaż tam jest waniliowy a nie z czekoladą), ale krem wyszedł mi za rzadki i lekko grudkowaty. Dlatego następnym razem robię na samym serku mascarpone.

P.S. Nie należy do rozpuszczonej białej czekolady dodawać żadnych aromatów ani alkoholi bo się zważy !

wtorek, 11 listopada 2014

środowe obiadki..

W zeszłą środę był najlepszy obiad jaki zrobiłam od dłuższego czasu. Wymaga trochę zachodu, ale naprawdę jest tego wart. Poezja smaku.

Wołowe kuleczki nadziewane mozzarellą
na 4 porcje
ok. 500 g mięsa wołowego dobrej jakości
1 opakowanie (150g sera) mozzarelli w kuleczkach
1 puszka krojonych pomidorów
1 jajko
1 cebula
2 duże ząbki czosnku
oliwa, olej
sól, pieprz do smaku

Czosnek i cebulę drobno posiekać, zeszklić na oliwie. Zwiększyć ogień dodać pomidory i podgrzewać aż sos zgęstnieje, doprawić (można dodać kostkę rosołową).
Oddzielić białko od żółtka.
Białko ubić na dość sztywną pianę, obie części jajka delikatnie wymieszać z mięsem (+sól i pieprz). Mięsną masę nabierać łyżką, nadziewać kulką mozzarelli i zlepiać tak by ser został w środku (pomaga zwilżanie rąk w czasie pracy). Obsmażać na oleju z każdej strony i przekładać
do sosu. Gotować w sosie ok 10 minut podawać z sypkim ryżem lub kaszą.
przepis pochodzi z "Polska gotuje" luty-marzec 2012